“Podwójne życie”, czyli “każdą zdradę można pięknie wytłumaczyć” [RECENZJA]

Gdy w jednej ze scen Alain rekrutuje do swojego wydawnictwa ekspertkę do spraw social media, od razu jesteśmy świadomi w którą stronę pójdzie ta relacja. Wyjazd służbowy, dwa kieliszki wina za dużo, debata na temat wyższości papieru nad wydaniem elektronicznym, wylądowanie we wspólnym łóżku, upojna noc i nieuleczalny kac moralny następnego dnia. Z tym, że to co dla większości produkcji byłoby osią fabularną i prowadziło do rozpadu związku, dla Olivera Assayasa jest zwykłą czynnością towarzyszącą współczesnym małżeństwom; kochamy jedną osobę, a seks uprawiamy z wieloma.

Zobacz również: “Dzika Grusza”, czyli podróż (prawie) sentymentalna przez Turcję [RECENZJA]

Każdy bohater Podwójnego życia jest od siebie całkowicie różny. Alain dla wielu jest pewnie uosobieniem francuskiej inteligencji – rozpięta przy kołnierzu koszula, zmierzwione włosy, lekki zarost i marynarka. Dodatkowo zawsze umie się zachować odpowiednio do sytuacji – czasem bywa dżentelmenem, czasem szarmanckim amantem uwodzącym swoim uśmiechem. Jego żona, Selena, jest przebojowa tylko na telewizyjnym ekranie w lokalnej operze mydlanej. W domu natomiast woli schować się pod ciepłym swetrem, a gorycz czytanej książki zapić kieliszkiem czerwonego wina. Léonard, jeden z podopiecznych wydawnictwa, będzie natomiast utożsamiał wszystkie cechy jakie stereotypowo przypisywalibyśmy współczesnemu pisarzowi – brak środków do życia, artystyczny nieład w sercu i w życiu, a także wiecznie wymięte koszule i okruszki pozostające w brodzie po śniadaniu. Dla niego również idealnym przeciwieństwem będzie małżonka – poukładana, zabiegana, wypruta z sił witalnych i przywiązująca wielką wagę do wyglądu Valérie. Co więc łączy cały kwartet? Dwie rzeczy – seks i książki.

Podwójne życie

Każdy bohater Podwójnego życia albo był, albo jest, albo będzie zdradzany. Nie mówimy tu jednak jedynie o zdradzie cielesnej, często najprostszej i najłatwiejszej do wybaczenia, a zdradzie duchowej – gdy partnerka okazuje się lepiej dogadywać z innym człowiekiem i lepiej rozumieć jego potrzeby (nie erotyczne, a spirytualne) czy zdradzie intelektualnej – gdy porzucasz tradycje, którą kultywowałeś od lat, by pobiec za czymś nowym i świeżym. Tak będzie również z bohaterką pojawiającą się jedynie na drugim planie – literaturą, porzuconą w klasycznej formie książek, gdy wszyscy próbują czegoś nowego. Czy to czytania na kindle’u, słuchania audiobooków (z nimi zresztą będzie związany jeden z najzbawienniejszych żartów całej produkcji) czy też porzucenia prozy na rzecz wpisów na twitterze jako nowego sposobu wyrazu prozatorskiego.

Zobacz również: “Królowa Kier”, czyli skomplikowana walka z kulturą gwałtu [RECENZJA]

W tym assayasowskim seksie wyzbytym z miłości tkwi sekret jaki reżyser chce nam przekazać. Stosunki nie mają na celu nas szokować, a zdrady wzburzać. Seks jest dla bohaterów zarazem koniecznością, jak i złudną przyjemnością, która z czasem nawet przestaje wywoływać w ciele dreszcze rozkoszy. Te pięć minut – w najlepszym razie – przeżyte w najróżniejszych konfiguracjach i pozycjach, jest idealnym odzwierciedleniem obecnych czasów – wyzbytych z emocji, gdy każdy robi rzeczy nie dlatego, że tego chce, a dlatego że wypada, albo dlatego, że będzie się żałowało straconej szansy. Ale czy można na ten temat patrzeć inaczej w czasach gdy połowa samotnych szuka rozkoszy na jedną noc opierając swoje szanse na przesunięciu w prawo?

Przez większą część filmu znajdujemy się między dwoma światami – albo chcemy być częścią jednej z wielu wystawnych kolacji na jakich spotykają się protagoniści, by wraz z nimi w stanie upojenia dywagować nad tym czy proza Léonarda jest autotematyczna czy autobiograficzna, albo chcemy stamtąd czym szybciej uciec, nie mogąc znieść potoku słów, często poruszających problemy, które nie mają znaczenia, gdy spojrzeć na nie z perspektywy globalnej. Assayas gra z nami w grę – jak długo będziemy w stanie dobrze się bawić na najbardziej snobistycznej schadzce zakrapianej czerwoną ambrozją? I o ile ja potrafiłem umiejscowić siebie w rogu, by obserwować wszystkie dialogi niczym bohater Erica Rohmera, to jednak z recenzenckiego obowiązku muszę zaznaczyć, że ta podróż nie jest dla wszystkich.

Podwójne życie

Zobacz również: “Cat Sick Blues”. Czy kot jest warty więcej niż ludzkie życie? – Recenzja [CAMPING #30]

Nie można patrzeć na Podwójne życie jak na artystyczną komedię, bo Assayas przyjmuje tu bardziej postawę Erica Rohmera, niż tą znaną chociażby z idyllicznego Apres Mai. Tak często opowiada o autotematycznej twórczości Léonarda, że trudno mi było nie odnieść wrażenia, że sam reżyser zwraca uwagę na to jaki jest jego film. Nie byłbym bowiem zaskoczony, gdyby okazało się, że on sam często jest częścią takich spotkań. Trochę jak znakomity czeski pisarz Michael Viewegh – “Nie możecie utożsamiać mnie z żadną z postaci, ale nie wątpcie w to – też tam jestem.” A owiany legendą “żart” z fellatio na Białej wstążce to jedynie dramatyczny krzyk o pomoc, gdy fetyszyzacja swojego życia łączy się z projektowaniem rzeczywistości, zamiast życia w niej – a w tym przypadku znamion żartu nawet nie ma.

Oczywiście, podobnie jak Rohmer, z którego duchowo czerpie Assayas, będzie on zawierzał całą produkcję swoim aktorom. I choć Juliette Binoche, czy znana z komedii francuskich Nora Hamazawi, są wyznacznikami pewnego, bardzo wysokiego poziomu, ekran należy do całkowitych przeciwieństw – Caneta Macaigne. Ten pierwszy swoim szarmanckim uśmiechem wznosi każdy dialog na poziom bardzo subtelnej perwersji, ten drugi natomiast w swoim całkowitym zagubieniu życiowym (a także sercowym) powoduje, że Léonard, z którym normalnie nie chcielibyśmy się utożsamiać, jest nam bardzo bliski. Znakomita jest również rola Christy Théret, która udowadnia, że jest jednym z największych talentów z nadsekwańskiej krainy.

Podwójne życie

Jeśli wierzycie, że francuskie kino najlepiej konsumować w wydaniu subtelnym, gdy bohaterowie rozgadują się nad kieliszkiem wina, zamiast grubiańsko się śmiać z kolejnego szowinistycznego żartu w komedii z Dujardin, to Podwójne życie jest właśnie dla was. Assayas, często zmieniając formę swoich opowieści, jako jeden z niewielu potrafi tak dobrze obrazować pewne sfery życia towarzyskiego. Tym razem robi to łącząc Rohmera z wyzwolonym seksem – tworząc mieszankę afrodyzjaku z gorzką refleksją.


3.5/5


One thought on ““Podwójne życie”, czyli “każdą zdradę można pięknie wytłumaczyć” [RECENZJA]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.