Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Zupa nic” – PRL-owskie artefakty | Recenzja

Maciej Kędziora
fot. materiały promujące filmu "Zupa nic"

Opowieści z dziecięcych lat mojej mamy zamykały się w pojedynczych artefaktach. Przyczepa kempingowa, imieninowe kwiaty, ziemniaki, kartki, zabawki. Toteż PRL-owska rzeczywistość, obecna przed moimi czasami, wypełniona jest impresjami usłyszanymi – wspomnieniami wywodzącymi się z konkretnej sytuacji, konkretnego impulsu. Podobne impulsy kierują najnowszym filmem Kingi Dębskiej – zbiorem scen rodzajowych z niegdysiejszego życia rodzinnego. Życia (nie)zwyczajnego. 

Makowskich podglądamy wyrywkowo. Raz przed świętami, gdy kartki zostaną zgubione, a osowiała choinka stanie smutno w kącie. Raz w trakcie wyjścia do brata Elżbiety, partyjnego działacza, urodzonego konformisty. Nie mogło również zabraknąć innych stałych pocztówek z epoki – własnego malucha, handlu zagranicznego, stania w kolejce po nową wygodę rzuconą w okolicznym sklepie. Pewne tematy wracają ciągle, inne pojawiają się raz i znikają na zawsze. Nie uświadczymy jednak ciągu przyczynowo-skutkowego; sekwencje rzadko wynikają z siebie, jedyne, co spaja całość Zupy nic, to chronologia – choć i ona rzadko warunkuje ekranowe wydarzenia. 

Forma obrana przez reżyserkę jest rewersem tego, co oglądaliśmy zarówno w Planie B, jak i Zabawie zabawie. Tam każda z ekranowych postaci dostawała swój osobny wątek, często luźno powiązany ze sobą, tu jedna familia dostaje parę osobnych opowieści. I niestety dochodzimy do pierwszego, być może głównego paradoksu Zupy nic – typ narracji jest zarówno ogromną zaletą (przez nierówność konkretnych sekwencji pozwala zapomnieć o nieudanych gagach i skupić się na ciekawym definiowaniu ówczesnej rzeczywistości), jak i naczelną wadą, gdyż wrodzona w formę lapidarność uniemożliwia emocjonalne zaangażowanie się w historię. 

Na świat prawie w całości patrzymy z perspektywy dziecięco-dorosłej, innymi słowy bardzo nostalgicznej. Perspektywa wspomnień kreśli je w sposób poniekąd idylliczny i wyczulony na odbiór rzeczywistości zmysłami – związany z kolorami (czerwień malucha), ze smakami (choćby deserów jedzonych z rodzicami). Nie zabraknie w tej historii szarości: przerażającego, agresywnego trenera WF-u, złamanego serca, ale i jasnych stron: wakacji, plaży, zabawy w pokoju kuzynostwa. Nie spodziewajcie się jednak narracji w pełni impresywnej. Jest tu miejsce na wyzbyte z pokładów retro-pamięci wątki, gdy Marta wraz z siostrą Kasią znikną z kadru, a my skupimy się na relacjach Elżbiety z Tadeuszem, a także na postaci babci. Te chwile oddechu tworzą najciekawsze momenty Zupy nic. Nie siląc się na komizm, Kinga Dębska problematyzuje życie bohaterów. Szkoda, że dzieje się to tak rzadko.  

fot. kadr z filmu “Zupa nic”

Kiedy jednak już na ekranie zostanie Elżbieta i Tadeusz, w pełni dostrzegalne jest to, co w filmie Dębskiej najlepsze – role Adama Woronowicza i Kingi Preis. Idealnie dopełniając się na ekranie, wygrywają między sobą ciche dramaty, spory, ukrywają przed dziećmi traumy życia (choćby pobicie przez ZOMO). Swoją grą imponuje zwłaszcza Woronowicz, ucieleśniając w Tadziku wszystkie neurozy społeczne zapisane w scenariuszu, wreszcie mogąc rozwinąć komediowe skrzydła na pierwszym planie – łącząc swój timing z nieprzeciętnym, nagłym udramatyzowaniem swojej postaci. Nie powinno to jednak dziwić. Kino reżyserki bazuje właściwie li tylko na scenariuszu i aktorach. Stronę formalną czerpie z kina środka, nie podejmując przy tym większego ryzyka artystycznego. Pozwala to błyszczeć w świetle ekranu obsadzie – oprócz Woronowicza i Preis warto wspomnieć o rewelacyjnej Ewie Wiśniewskiej, która dość miniaturową przestrzeń mieszkania Makowskich wypełnia siłą charakteru swojej bohaterki. 

Można nawet zaryzykować zdanie, że aktorstwo jest tu lepsze niż w niewątpliwie największym hicie reżyserki, Moich córkach krowach. Ale nadal to właśnie dzieło z Agatą Kuleszą i Marianem Dziędzielem w rolach głównych powracać będzie jak mantra – zwłaszcza w kontekście Zupy nic, jako wzór kina Dębskiej. Jako przykład produkcji, w której trzy najważniejsze, jak się zdaje, cechy jej filmów – znakomite role aktorskie, zbudowany z obserwacji relacji międzyludzkich scenariusz i chęć wejścia w emocjonalny dialog z widzem – współgrały i zadziałały najlepiej (być może dzięki linearnej narracji, wpisującej się w tę konwencję kina). 

O Zupie nic lubię myśleć jako o formie serialowej przemienionej na film. Każde 15-20 minut mogłoby stanowić osobną całość, a łączyłyby je ekranowe postacie. W tym formacie, składając się z odrębnych historii (może nawet nazywanych od konkretnych rzeczy albo wspomnień – jak Maluch, Wygoda czy wreszcie tytułowe danie), całość miałaby większą rację bytu; nie gryzłaby się w trakcie seansu, zostawała na dłużej. Bo o ile sam seans przynosi satysfakcję, to jest ona efemeryczna, ulotna, być może nawet złudna. 

Najnowszy film Kingi Dębskiej, przypomina snutą przez bliskich opowieść, mającą nam przybliżyć pewien okres, naszkicować realia, przenieść na chwilę do innej rzeczywistości. I w tym też kontekście Zupa nic sprawdza się idealnie – choć może tym razem to przeze mnie przemawia nostalgia?

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.