“Wszystko dla mojej matki”, czyli odkrycie Festiwalu w Gdyni [RECENZJA]

W otwierającej fabularny debiut Małgorzaty Imielskiej sekwencji oglądamy fragment dzieciństwa naszej protagonistki uchwycony cyfrową kamerą. Chwile idyllicznego szczęścia, gdy ta biegła za głosem matki po trawniku, szczerze śmiejąc się i ciesząc z rodzinnego spokoju. Przez całą resztę projekcji, podobnie jak główna bohaterka, będziemy wracać myślami do tych wspomnień, próbując niejako odciąć się od ciężaru codzienności przepełnionej bólem, cierpieniem i pustką. Zapomnieć o przeszywająco dotykających i duszących nasze sumienia scenach. Uciec od dojmującego realizmu obrazu, który oglądamy na dużym ekranie. Ale, podobnie jak Ola, nie będziemy w stanie. Bo choć tak jak i ona głęboko wolałbym wierzyć, że wizje świata zapisane na kliszy są prawdziwe, życie brutalnie weryfikuje te utopijne prawdy.

Powrót do lat dzieciństwa zostaje brutalnie przerwany cięciem wprowadzającym napisy tytułowe, odzielające grubą kreską przyjemność przeszłości od beznadziei tu i teraz. Cała opowieść i jej konstrukcja będzie teraz polegała na naszej filmowej uważności – od nas zależy to, jak szybko połączymy pewne fakty, by stworzyć obraz życia Oli, nastoletniej dziewczyny zamkniętej w zakładzie poprawczym. W głowie dźwięczą nam pytanie – dlaczego tu trafiła? Co stało się z jej matką?

Na wszystkie zadawane sobie pytania dostaniemy z czasem odpowiedź. Na początku jednak musimy przeżyć z protagonistką jej codzienność, od której jedyną ucieczką są treningi biegowe na 1500 metrów, dystans, który – jak się okazuje – był specjalnością jej matki. Za rogiem czekają na nią Mistrzostwa Polski, może osiągając dobry rezultat przykuje uwagę zaginionej mamy, może wtedy kobieta się odnajdzie?

Każda z dziewczyn dzielących pokój z Olą, mimo różnych przeszłości i wyroków sądowych, mierzy się z podobnym problemem – przeszywającą samotnością. Agnes, skazana za morderstwo, czeka na przepustkę. Przecież życie odebrała w obronie koniecznej, w chwili gwałtu. Nie może się jednak do tego nikomu przyznać, środowisko opiekunów, których zadaniem jest resocjalizacja i pomoc w odpowiedzi na wyznanie dziewczyny mają jedną, wspólną, konsensualną odpowiedź: “Nie chcę o tym słuchać. Mam dość”. Mania, której matka zabiła przemocowego ojca alkoholika, ma przy sobie jedynie trzymanego w domu dziecka młodszego brata, do którego dzwoni co tydzień. Ale i o te rozmowy musi błagać, będąc pozbawiona telefonu i godności przez aparat władzy.

Małgorzata Imielska, twórczyni znakomitych filmów dokumentalnych, przenosi na kanwy fabuły swój warsztat, tworząc obraz hiperrealistyczny. Każdy kadr będzie tutaj wyzbyty z kolorytów, paleta barw będzie składała się głównie z szarego i burego, a błękitne momenty, symbolizujące niewinność, zostaną brutalnie przerwane przez kolejne akty przemocy i krzywdy. Gdzieś w tle iskrzy się skojarzenie z “Kafarnaum”, choć tam, gdzie Nadine Labaki próbowała osiągnąć sukces na biedocie dzieci, Imielska w każdej chwili pokazuje jak bardzo zależy jej na losie jej bohaterek – nie tylko Oli, ale każdej innej osadzonej z nią dziewczyny.

Za każdym razem gdy reżyserka wyrywa protagonistkę z zakładu poprawczego, boimy się o nią jeszcze bardziej. Chociaż na terenie placówki jest jej źle, to może ona przynajmniej marzyć o tym kto i co czeka na nią za murami. Konfrontacja z brutalną rzeczywistością okazuje się o wiele gorsza.

Najbardziej przerażającym jest motyw rodziny zastępczej spod Olsztyna, mieszkającej w wielkim domu na wsi, z którego nie dochodzą krzyki. Już od samego momentu przyjazdu czujemy mrok całego miejsca, sztuczność przybranego wujka granego przez Adama Cywkę. Imielska wie i z wyprzedzeniem informuje nas o tym, jakim człowiekiem jest Andrzej, jednocześnie nie ostrzegając przed nim bohaterki, która ponownie uwierzyła, że świat może być dobry. Nie może.

“Wszystko dla mojej matki” dusi nas swoim ciężarem stopniowo. Na początku przewija się gdzieś jeszcze tani humor (padający głownie z ust trenera Tomka), słodycz biurokratycznej dyrektor placówki. Z czasem jednak klimat całej opowieści zaczyna blaknąć, zmierzając w czarne odmęty ludzkiej natury i demitologizując postacie, które miały być wzorem do naśladowania i ostoją zagubionych dusz.

Imielska mistrzowsko kreuje nie tylko protagonistkę i jej rówieśniczki z zakładu, ale również postacie dorosłych, nigdy nie przekraczając granicy akceptowalnej dramaturgii, nigdy nie hiperbolizując. Przez cały czas mamy poczucie, że oglądamy wiarygodnych i prawdziwych bohaterów, którzy – niezależnie od czasu ekranowego – mają pewny, jasny dla widza rys charakterologiczny. O ile w przypadku matki nie powinno to dziwić, gdyż jej historia przypomina Stellę z “Powiedz mi dlaczego?”, jednego z najgłośniejszych filmów reżyserki, o tyle sposób napisania postaci Dyrektor i psycholog Izy szczególnie imponuje.

Świadomie bądź nie, dużo jest punktów wspólnych między “Wszystko dla mojej matki” i netfliksowym “Orange is the new black”. Od realizmu przemocowych scen, przez znakomicie napisane postaci, aż do zrozumienia psychologii każdej z osadzonych i przyczyn, które doprowadziły je w te miejsce. Z tym, że tam gdzie w serialu nas widzów przed bólem ratuje komediowe przełamanie, czy też inscenizacje rodem z kina akcji, Imielska operuje tylko kamerą i zbliżeniami w zlęknione oczy, przez które to często chcielibyśmy odwrócić wzrok, udając że nie widzimy tych problemów. Reżyserska zmusza nas i mówi: “Patrz”.

Realizm obrazu zakorzeniony jest również w formie, wyzbytej z efekciarstwa, rozświetleń i szerokiej palety barw. Filmem, któremu do “Wszystko dla mojej matki” najbliżej, jest produkcja “Wszystko będzie dobrze” również traktująca o trudnej matczynej miłości do dziecka. Z tym, że o ile tam co jakiś czas mieliśmy słoneczną scenerię, w obrazie Imielskiej obserwujemy jedynie deszcz i śnieg. Bez oznak na poprawę sytuacji.

Po wyjściu z kina z trudem mogłem złapać oddech. Nie dlatego, że był to film niezwykle trudny w odbiorze, ale dlatego, że łączył dokumentacje przemocy i patologii z ładunkiem emocjonalnym, powodując, że włożyliśmy w ten seans całe swoje serce, licząc na poprawę życia Oli.

W finale protagonistka znów biega, w końcu za rogiem mistrzostwa. Tym razem jednak nie biegnie dla matki. Biegnie dla siebie.


4/5


One thought on ““Wszystko dla mojej matki”, czyli odkrycie Festiwalu w Gdyni [RECENZJA]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.