Advertisement
FelietonyPublicystyka

Kędziora: W poszukiwaniu współczesnego Pana Rogersa [FELIETON]

Maciej Kędziora
fot. kadr z programu "Last Week Tonight with John Olivier"

I

Chwilę przed zamknięciem kin w Polsce, na ekrany wszedł Cóż za piękny dzień, kolejne po Won’t you be my neighbour filmowe świadectwo empatycznej siły Freda Rogersa, kruszącego ciepłem serce antypatycznego dziennikarza Lloyda Vogela. Rogers, przez ponad 30 lat, próbował tłumaczyć najmłodszym dramaty codzienności, wychowywać i pokazywać lepszą, pokojową drogę działań – szczególnie w kontekście toczonych przez rząd amerykański wojen, których był jawnym przeciwnikiem. Rogers, którego obecność telewizyjna wobec sytuacji na świecie (a także podejściu władz USA do tematyki koronawirusa), byłaby kojąca nie tylko dla najmłodszych ale i ich rodziców.

Parę dni później, w niedzielny wieczór, na ekranach w Stanach jak co tydzień pojawił się John Oliver. Tym razem bez publiczności, kolorowego studia, bez początkowej ekscytacji i kąśliwych żartów. Był tylko on, kamerzysta i biała ściana. Nikt nie spodziewał się, że tematyka wirusa pojawi się znów w jego programie (w końcu była głównym tematem dwa odcinki wcześniej), a jeśli już, nikt nie spodziewał się że nastąpi to tak szybko. Oliver zabrał jednak głos, w odpowiednim tylko sobie stylu, by przekazać widzom podstawowe informacje – zaniedbywane wtenczas przez masowe media: myjcie ręce, nie ma nic strasznego w social distancingu, zostańcie w domach jeśli możecie. Nie podjął żadnego innego tematu. W obliczu pandemii, nawet nieraz piętnowana głupota Donalda Trumpa schodzi na dalszy plan.

Nikt nie spodziewał się, że kimś spełniającym w nowoczesnej, postinternetowej telewizji rolę Freda Rogersa będzie pełnił diametralnie od niego inny, sarkastyczny do bólu Brytyjczyk, który od siedmiu sezonów edukuje swoich widzów.

fot. “Last Week Tonight with John Oliver” odcinek Coronavirus II.

II

Format Last Week Tonight sprzyja edukacji. Większość odcinków opiera się na prostym schemacie: szybki zbiór najciekawszych wiadomości, film humorystyczny (And Now) i temat główny, trwający od 19-25 minut. Oliver sięga po przeróżne tematy, pomijane albo pauperyzowane przez Foxa/CNN i MSNBC. Od bliskiego mu Brexitu, przez korupcję w FIFA, aż do podsumowywania rządów autorytarnych w Turkmenistanie (kto bez Olivera widziałby, że fetyszem tamtejszego władcy jest bicie rekordów Guinnessa?).

U Olivera nie ma miejsca na autocenzurę, a wiara pokładana w niego przez włodarzy HBO nie zna granic. To umożliwia mu sięganie po radykalne formalnie rozwiązania, mające na celu podkreślenie jego przesłania. Parę przykładów:

Przeczytaj również:  "Green Arrow", czyli wysokojakościowe superhero nie tylko dla fanów Arrowerse [RECENZJA]

Fałszywie podający się za lekarza dziennikarz oszukuje miliony widzów? Zwieńczmy wykład piosenką celebrytów i stepującym Steve’em Buscemim.

Autokratyczny dyktator cenzuruje swój upadek z konia, a Księga rekordów Guinnessa współpracuje z autorytarnymi rządami na całym świecie? Pobijmy jeden z rekordów, piekąc ciasto o 60 m długości z wizerunkiem prezydenta Turkmenistanu spadającego z konia.

Twój program jest cenzurowany przez jednego z nadawców sponsorowanych przez Disneya? Pokaż wszystkie fragmenty, gdy krytykowałeś filmowego molocha i porównaj Myszkę Miki do starego kokainisty.

Pozywa cię amerykański rząd? Wygraj z nim batalię w sądzie i miej przyzwolenie do dowolnej krytyki poczynań jednego z najbardziej kontrowersyjnych prezydentów USA w współczesnej historii.

John Oliver, podobnie jak Rogers przed nim, nie wierzy w tabu (Mr Rogers jako jeden z pierwszych podjął tematykę śmierci i odchodzenia w programach skierowanych do najmłodszych). W czasach fake newsów, medium, paralekarzy, paradokumentów, clickbaitów i korporacyjncyh zakazów, Brytyjczyk łącząc bezwstydną satyrę z informatywnością, udowadnia, że można inaczej i co ważniejsze, że można lepiej.

III

Warto zaznaczyć, że choć Oliver najbliższy jest memu sercu, szczególnie teraz, w telewizyjnej walce z koronawirusem, nie jest osamotniony.

Podobną publicystykę (głównie z powodu zbliżonego formatu) uprawiał przed domową izolacją Trevor Noah, prowadzący The Daily Show. W segmentach Is this how we die co parę dni donosi najnowsze informacje z Włoch i innych ognisk pandemii – podczas gdy reszta, w tym sam prezydent, przekonywali, że nie ma czym się martwić, a zakaz lotów z Europy nie dotknie Wielkiej Brytanii, bo ma ona “granice”. Również on, mimo jeszcze większej antypatii do Donalda Trumpa, przekonywał, że decyzja o zamknięciu restauracji i odwołaniu imprez masowych jest słuszna, choć przyszła zbyt późno.

fot. Jeden z domowych odcinków The Daily Show with Trevor Noah.

Nawet prowadzący bardziej rozrywkowych form late night shows, od Jimmy’ego Kimmela do Jimmy’ego Fallona, głównie przez odgórne restrykcje, musieli wprowadzić zmiany do swojej codzienności. Wszyscy, z własnymi dziećmi biegającymi w tle, rozmawiają z gośćmi przez Skype’a, niekiedy śpiewając, niekiedy opowiadając sobie anegdoty i wspominając “lepsze czasy”. Choroba, choć widoczna w warstwie audiowizualnej, schodzi u nich na drugi plan. Jak prawie każdy problem, w prawie każdym odcinku.

W świecie ogarniętym paniką ci dotychczas najbardziej zabawni, Noah i Oliver, okazali się być najbardziej empatyczni i szczerzy. Jak Fred Rogers, stojący oko w oko z wielkimi traumami XX wieku.

Przeczytaj również:  "Mulan": #GirlPower z holokaustem mniejszości w tle [RECENZJA]

IV 

Pierwszą myślą jaka przyszła mi po seansie filmów dotykających Freda Rogersa było: “Szkoda, że nie ma takich ludzi w naszej telewizji.”. Nostalgia za poziomem w naszej telewizji nieobecnym, może wręcz nieosiągalnym. Za empatią, walorami edukacyjnymi, ciepłem bijącym z ekranu, które oblewa nas od wewnątrz i koi zlęknioną duszę.

Kwarantanna sprzyja oglądaniu telewizji, stwierdziłem nieświadomie, łapiąc się na oglądaniu “śniadaniówek”, robiąc sobie co poranek herbatę. W przeciwieństwie jednak do amerykańskich programów tu koronawirus pojawia się głównie w tematyce (“Jak korzystać z Tik Toka w czasach zarazy?”), a nie wizualnie, gdy większość rozmów i nagrań odbywa się wewnątrz wielkiego studia.

Większość programów również znika – nikt nie może (i słusznie!) pozwolić sobie na nagrywanie programów talent show/dance show czy talk show, choć tych ostatnich w Polsce prawie nie uświadczymy. A właśnie to te ostatnie telewizyjne medium jest szczególnie podatne na przesłanie wiadomości do stałych widzów: zostańcie w domu, myjcie ręce, wrócę/wrócimy do was szybko.

Chciałbym w tej roli zobaczyć Kubę Wojewódzkiego. Samotnego, w pustym studiu, proszącego widzów w drugim monologu – może być napisanym w typowym dla niego stylu – o spokój. O racjonalność. O wiarę w lepsze jutro. Czy zobaczę? Nie wiem, mogę się tylko domyślać.

Oglądanie Johna Olivera samego w studio ponownie wywołało we mnie nostalgię za czymś nieobecnym. Bo gdy w naszej telewizji zastanawiamy się jak przeżyć na Tik Toku w czasach zarazy, Oliver też sięga po tę aplikację, zastanawiając się czego możemy nauczyć się od chomika. Tego by zostać w domu. Myć ręce. Kaszleć w łokieć.

V

Rogers, którego każdy chciałby być sąsiadem, mówił że “warto być ciekawym wielu spraw.”.

fot. John Oliver wygrywa nagrodę Emmy

John Oliver, którego każdy chciałby mieć za wykładowcę, od początku pokazuje, że w stosunku do wielu rzeczy należy być ciekawym, a nawet ciekawskim. Niezależnie czy wiceprezes FIFA nazwie cię comedian fool, a w Indiach staniesz się symbolem “głupoty amerykańskich mediów”, krytykując islamofobię ichniejszych władców.

VI

Odbierając pierwszą statuetkę Emmy za najlepszy program talk show, słychać było głosy, że to niespotykane, by Brytyjczyk dominował tak amerykański rynek i format, pytając często “czemu?”.

Kiedy Oliver wkroczył rok temu odebrać czwartą statuetkę w tej kategorii z rzędu, nikt już nie pytał “czemu?”. Co najwyżej, “czemu tylko on?” w kontekście podejmowania ważnych społecznie tematów.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.