Advertisement
Recenzje

„Wielki mistyczny cyrk” – Sto lat bylejakości – Recenzja

Maciej Kędziora

Nawiązanie w tytule do legendarnej powieści G.Marqueza nie jest tutaj przypadkowe. W końcu Carlos Diegues w swojej najnowszej produkcji podejmuje się zadania na wskroś podobnego do najbardziej znanego dzieła noblisty – Stu lat samotności. Na przykładzie pięciu następujących po sobie pokoleń, próbuje ukazać ludzkie dramaty, problemy z relacjami rodzinnymi, poruszy tematykę dziedzictwa, a także spróbuje naszkicować swój własny portret społeczeństwa i jego wad. Problem w tym, że Marquez swoją opowieść wypełnił emocjami, a Diegues w swoim monumentalizmie zatracił gdzieś pierwiastek ludzki.

Wielki mistyczny cyrk opowiada historię założenia i rozwoju Grande Circo Místico, pożegnalnego prezentu Cesarzową Dziewicę (Cathrine Mouchete) dla swego nieślubnego syna. Cyrk jest przekazywany w ręce kolejnych dziedziców rodziny Knieps, a z pokolenia na pokolenie zdaje się, że ów cyrk staje się coraz większym ciężarem i przeżytkiem. Elementem spajającym historię w całość jest postać wiecznie młodego Celavie (bardzo subtelna gra słowna), który od lat sprawuje tu rolę mistrza ceremonii. Każdy akt filmu Dieguesa skupia się na kolejnych spadkobiercach, coraz to bardziej chylącego się ku upadkowi przedsięwzięcia. I tak przez jakiś czas dyrektorem będzie despotyczny, nieudolny aktor Jean-Paul (Vincent Cassel), by potem nastąpił czas rządów Margarete, z każdą chwilą coraz bardziej nienawidzącej cyrku, nie mając jednak możliwości ucieczki, czy zmiany zawodu.

Zobacz także: Recenzję wakacyjnych przygód Draculi

Trudne zadanie, jakim jest stworzenie wiarygodnego i emocjonalnego portretu rodziny, dla której cyrk z miejsca zarobku, staje się jednym wielkim problemem zdaje się przerastać reżysera. Poziom nieudolności projektu można spokojnie przyrównać do tegorocznego, rodzimego Kamerdynera. Tutaj przyjęte przez Dieguesa założenia formalne, po pierwszej pół godzinie stają się niezwykle nużące. Tak naprawdę, w trakcie trzeciego aktu przestajemy przejmować się poszczególnymi bohaterami, którzy pojawiają się i znikają (w każdym akcie umiera chociaż jedna „ważna” postać), zlewając się ze sobą. A szkoda, bo niektóre pojedyncze, wyrwane z kontekstu sceny – takie jak sekwencja napaści seksualnej czy ślubu – dawały podstawy na wyciśnięcie z tej historii czegoś więcej.

Przeczytaj również:  "Cząstki kobiety" - pustka zapełniana metaforami [RECENZJA]

Szkoda także, że sam film średnio wypada również pod względem muzycznym (co dziwi, bo Diegues bazował na uznanym balecie pod tym samym tytułem). Żaden wykonany utwór nie zapadł mi na dłużej w pamięć, choć rozmachu z jakim były one prezentowane, mogliby pozazdrościć najwięksi twórcy najznamienitszych musicali. Dodatkowo, w warstwie tekstowej, piosenki cierpią na grafomaństwo, przez co próba wsłuchania się w słowa i docenienie pracy tekściarzy, kończy się pulsującym bólem głowy.

Nie sposób jednak nie docenić warstwy wizualnej, bo w tym aspekcie Wielki mistyczny cyrk to dzieło sztuki. Zaplanowane do perfekcji kadry, kunsztownie zaprojektowane kostiumy, świetna choreografia, a także iście barokowy przepych i moc szczegółów powodują, że pod względem estetycznym był to najlepszy pokaz Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Szkoda tylko, że podobnie jak w przypadku baroku, zewnętrze zachęcające i obiecujące w wiele, w środku okazuje się zwyczajnie puste.

Zobacz także: Recenzję kosmicznej wyprawy Roberta Pattinsona

Z całej obsady najbardziej wyróżnia się – niestety negatywnie – Jesuita Barbosa wcielający się w rolę Celavie. Jego postać jest niesamowicie irytująca, przedramatyzowana, jakby żywcem wyrwana ze spektaklu dziecięcego w Teatrze Guliwer, a co w tym wszystkim najgorsze – towarzyszy ona nam przez cały okres trwania projekcji. Czerpiący z dziedzictwa slapsticku i musicali lat 50-tych Barbosa nie ma żadnych zahamowań, przez co jego aktorska indolencja będzie uniemożliwiać nam pozytywny odbiór filmu przez cały czas jego trwania. Na całe szczęście na tle dość średniego drugiego planu wybijają się Vincent Cassel i Dawid Ogrodnik. Francuz tworzy złowieszczy portret artystycznego utracjusza, świetnie ukazując degrengoladę przeszywającą światek kulturalny, w którym to nieudolni twórcy mają się za tych najlepszych. Ogrodnik natomiast dostaje dość spokojną postać Ludwiga, który żeni się z kobietą żyjącą w celibacie, co powoduje, że przez cały czas musi się zmagać z kolejnymi falami frustracji seksualnej.

Przeczytaj również:  "Potwór" - cyberpunk i przekleństwo pamięci [RECENZJA]

Po takich produkcjach jak Wielki mistyczny cyrk człowiek najbardziej żałuje zmarnowanego potencjału jaki tkwił w tej opowieści. Carlos Diegues pragnął stworzyć dzieło wybitne, zatracając w tej drodze do perfekcji pewne podstawy, takie jak chociażby dobrze napisany scenariusz, czy odpowiednia obsada. A szkoda, bo tak piękna oprawa wizualna mogła mu tego wymarzonego Oscara zagwarantować. Niestety, podobnie jak cyrki, wielopokoleniowe filmowe freski to kulturowy przeżytek, a żeby je wskrzesić, potrzeba czegoś znacznie więcej niż przeciętność.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.