Nawet nie wiesz, czy bardzo cię kocham [FELIETON]
Dwie pary, dwie Polski i łączące ich dwie kreski na teście ciążowym. Dwie kreski, które szybko staną się ich przekleństwem, końcem wolnego, wyzwolonego życia, końcem marzeń o edukacji i wykształceniu. Z dnia na dzień misternie utkany plan na życie kruszy się na milion kawałków. W głowie dźwięczą słowa: „odpowiedzialność”, „rodzice”, „aborcja”, „adopcja”. W szczególności te dwie ostatnie możliwości rezonują jakoś mocniej, jako efekt presji społecznej i jedyne, rzekomo „racjonalne” rozwiązanie. Pytanie tylko, czy w obliczu niespodziewanego zostania rodzicem powinno się i czy w ogóle można być racjonalnym?
To nie będzie opowieść o jednym z nieudanych wyrobów filmopodobnych Katarzyny Rosłaniec, ani o komedii z Sethem Rogenem i Katherine Heigel w rolach głównych. To historia „wpadek” codzienności, stających się czasem przekleństwem, czasem zbawieniem. Fragment życia Jadzi, Maćka, Martyny i Romka zapisany na taśmie celuloidowej. A wszystko to w duchu myśli Krzysztofa Kieślowskiego – „Można sobie wyobrazić, że życie każdego człowieka to fabuła”.

Adopcja/Aborcja
W Pierwszej miłości wita nas przeszywająco chłodny gabinet ginekologa. Decyzja Jadzi wydaje się prosta – usunąć. Serce podpowiada – wyjść za mąż, urodzić, odchować, wypuścić na świat. Tak trzeba. Szkoła i rozum podpowiada – usunąć, poświęcić się nauce, w końcu nie jest pewna czy kocha Romka. Tak trzeba. Na tym etapie, w czwartym miesiącu ciąży, brakuje jeszcze kluczowego aspektu wychowawczego i decyzyjnego – „tak chcę”.
Między nami otwierają wspomnienia, zdjęcia z dzieciństwa – w domyśle: tak było. Było szczęśliwie, było radośnie, były wspólne wyjazdy, była namiętność. Będzie dziecko, nie będzie zbliżeń, Maciek mówi jasno: „za dwa miesiące nie będzie nas”. Komputer w pasku zakładek wypełniony jest forami adopcyjnymi. W skrzynce setki wiadomości od chętnych, trwa nieformalny plebiscyt na rodzica roku. Zarówno Martyna jak i Maciek wiedzą, że po narodzinach „ich” już nie będzie. Nie mają świadomości, że tak naprawdę ich już nie ma. Tak jest.
W obydwu przypadkach bohaterowie zrezygnują z pozbywania się potomstwa. Nikt jednak nie będzie negować żadnego z rozwiązań. U Kieślowskiego, zarówno wychowanie dziecka jak i decyzja o aborcji wymagają równie wielkiej odwagi, w osobistym i prywatnym dziele Millera, adopcja nie wynika z niechęci do posiadania potomka, a świadomości, że jeśli oboje nie mogą być ze sobą, przynajmniej znajdą mu godnych rodziców. Bo jak sam wyznaje przed kamerą: „przynajmniej tyle możemy dla niego zrobić”.

(Nie)Miłość
W kluczowej dla Między nami scenie, Maciek na granicy płaczu wyznaje swojej partnerce miłość. Prawdziwa demitologizacja zakochania. Nie ma tu miejsca na Colina Firtha wykrzykującego uczucie w drzwiach restauracji, nie ma grających w tle fanfar i wzruszonych ludzi. Jest ich dwójka, zaparowany z zimna samochód i przejmująca pustka między nimi. W pewnym momencie pada, ukryte pod plątaniną innych słów „chcę być z tobą”. Skrępowane, niepewne – ale czy w wieku 20 lat można i powinno się mówić takie rzeczy z całą pewnością, nie bojąc się reakcji drugiej osoby?
Maciej Miller jako reżyser i główny bohater w Między nami dokumentuje swój własny strach. Choć w początkowej fazie podkreśla co chwilę, że nie kocha Martyny i nie jest w stanie z nią być, używa najprostszego schematu ucieczki, wypierając wszystko co czuje. Trudno nie mieć wrażenia, że nie ma na myśli tego co mówi – twierdząc, że „nie kocha Martyny”, nie chodzi mu o samą osobę jego długoletniej partnerki. Maciek de facto nie kocha widma stabilizacji, odrzucenia wolnego trybu życia, deklaracji. Bo za nimi stoi ogromne widmo odrzucenia i rozczarowania (kimś, lub samym sobą) – a to pierwsze boli najbardziej.

U Kieślowskiego ckliwych momentów jest jeszcze mniej. Choć przyznawał on, że większość scen była skutkiem pewnych prowokacji i manipulacji (czy też podsuwania parze tematów do dyskusji), kreuje on bardzo szczery portret związku. Na Jadzie i Romka trafił w okolicach początku ich relacji, i był z nimi przez całą ciążę, narodziny, do chrzcin. Dokumentowana przez niego relacja nie ma w sobie typowych miłosnych dogmatów znanych z dużego ekranu – namiętnych pocałunków, wyznań, wspólnych nocy. Nawet ton między małżonkami jakby bardziej oficjalny. Zarówno Jadzia jak i Romek przez cały czas zdają się być stremowani – zarówno obecnością kamery w ich życiu, jak i – a może przede wszystkim – sytuacją w jakiej się znaleźli.
Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki
Miłość Jadzi i Romka to jeden z niewielu przejawów miłości „zwykłej” w historii kina. W ich życiu nie ma czasu i miejsca na schadzki, kwiaty, górnolotne sentencje. Ich uczucie zamyka się w pociągnięciu wałkiem w trakcie wspólnego malowania ścian, wspólnej lekturze poradnika dla przyszłego rodzica, czy też wieczornej edukacji (w końcu Romek nadal się uczy). Pod koniec stoją nad łóżeczkiem swojej córeczki z nadzieją, że będzie się dobrze chowała. Kieślowski dokumentując ich relację świadomie unikał melodramatyczności. Bo miłość Jadzi i Romka nie należy do kina. Należy do nich.

„Rzeczywistość a film dokumentalny”
Cytowaną przeze mnie tezę o fabularności życia ludzkiego Kieślowski sformułował w swojej pracy dyplomowej, graniczącej z manifestem dokumentalisty. W zgodzie z jej duchem chciał nagrać wiele produkcji, chociażby o zwycięzcy megakumulacji w Totolotku. Poprzestał na jednej.
Do bohaterów Pierwszej miłości twórca Trzech kolorów chciał jeszcze wracać. Ewa Ewunia miała być wielkim projektem, który w kinematografii udał się dopiero wiele lat później Richardowi Linklaterowi w Boyhoodzie. Kieślowski planował rok rocznie odwiedzać Jadzię i Romka by przez parę dni dokumentować rozwój ich córki, ukazując tym samym piękno życia w sposób skrajnie realistyczny. W pewnym momencie zrezygnował. nie dlatego, że materiał okazał się być słaby – bo prawdopodobnie Ewa Ewunia byłaby jednym z najlepszych dokumentów w jego karierze. Zrezygnował, bo Jadzia, Romek i Ewa przestali być sobą i zaczęli grać Jadzię, Romka i Ewę. Ich życie, ich miłość, ich szczęście zaczęły należeć do kina. Kieślowski nie potrafił się na to zgodzić: zawsze chciał, żeby miłość Jadzi i Romka należała tylko do nich.

Nie wiem czy Maciej Miller kręcąc Między nami przeczytał „Rzeczywistość a film dokumentalny”. Wiem na pewno, że nie musiał tego robić. Chwycił za kamerę, bo jego życie stało się fabułą, historią nawiązującą do klasyków komedii Appatowa, czy melodramatów z lat 90-tych. Chwycił za kamerę, bo obiektyw mógł stać się zarówno dla niego, jak i dla jego partnerki, czy też – patrząc z formalistycznego punktu kinematograficznego – współoperatorki Martyny Krasińskiej, jedyną tarczą. Łatwiej bowiem powiedzieć raniące słowa patrząc w obiektyw Cannona, niźli w oczy ukochanej osoby.
Przeczytaj również: By Krzysztof Kieślowski – sylwetka mistrza i przegląd jego twórczości [FELIETON]
Między nami było terapią dla związku stojącego nad przepaścią. Fragmentaryczną spowiedzią uchwyconą kamerą. Zabieg podobny co w znakomitych Taśmach rodzinnych Macieja Marcisza, opowiadających historię przemocy i znęcania się w rodzinie. W obu przypadkach mamy poczucie, że nie powinniśmy tego oglądać, czytać. Czujemy się jak niechciany podglądacz, niczym główny bohater Okna na podwórze oglądający życie obcych mu ludzi. Jednak w obydwu przypadkach nie potrafimy odwrócić wzroku, pragnąc zobaczyć jak to wszystko się zakończy.
Miłość po miłości
Osiemnaście lat po premierze Pierwszej miłości jest ona pokazywana na retrospektywie reżysera w Niemczech. Na zaproszenie Kieślowskiego na pokaz przyjeżdża mieszkająca tam rodzina – Jadzia, Romek i pełnoletnia już Ewa. Jest chwila wzruszeń, wspomnień, opowieści. A także słodkie potwierdzenie: tytułowa pierwsza miłość dla małżeństwa okazała się tą jedyną. Ktoś mógłby chwycić kamerę i chcieć o tym opowiedzieć. Nie Kieślowski. Bowiem ich dalsza historia nie należy do kina. Nią trzeba po prostu żyć.
Krytyk filmowy zajmujący się popularyzacją rodzimej kinematografii oraz jej historią. Studiuje na Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ, publikuje w "Ekranach" i "Kinie". Prowadzi podcasty Filmawki, a także swoją stronę "Zapiski na bilecie.