O reżyserze, filmie i pokoleniu, których nie ma
Przeminęło małe miasteczko, w którym żyłem,
przeminęła moja młodość.
Andrzej Barański
Lata 60-te. Prowincja jakich w Polsce wiele. Słońce w zenicie może świadczyć tylko o jednym – za chwilę na opustoszały peron wjedzie pociąg, wypełniony spragnionymi nowych przeżyć studentkami i studentami. Z tego też względu z drzwi okolicznego baru, jak wilki, wyłania się Admirał wraz ze swoją wygłodniałą sforą. Wakacje to ich okres polowania, wypełnienia egzystencjalnej pustki, spowodowanej rutyną spożywania taniego, wysokoprocentowego wina, łączonego z pląsami na potańcówkach. To jedyny okres, w którym faktycznie mogą poczuć się królami życia, posmakować miłości, miejskiej sławy i uciec choć na chwilę od byle jakiej codzienności.
Rok 1991. Na premierze Nad rzeką, której nie ma pojawia się cała, jakże młoda i energetyczna, obsada. Ciągle mają przeświadczenie o tym, że będą w stanie zawojować świat, że to jest tylko trampolina do wielkiego świata. Nie wiedzą, że jedyne, co będzie w stanie zaoferować im rynek filmowy, to pewne wąskie szufladki, w które zostaną szybko włożeni. Póki co, to ich chwila. Póki co, świat należy do nich.

Trochę z boku (zresztą jak już zdążył nas przyzwyczaić) stoi Andrzej Barański. Nie raz widział już, jak szybko pryskają marzenia, jak ulotny bywa sukces i sława. Sam przecież przeżył to na własnej skórze. Czy to gdy w studenckim duecie Barański – reżyser i Zbigniew Rybczyński – operator temu drugiemu udało uciec się za granicę i wygrać Oscara za Tango, czy to gdy tworząc poza Zespołem X i odżegnując się niejako od kina moralnego niepokoju, został niesłusznie zaliczony do nurtu kinematografii eskapistycznej, a jego wybitna Kobieta z prowincji została wyparta ze świadomości widza. Lata twórczości nauczyły Barańskiego tego, żeby – co chyba wziął od swojego szkolnego mentora, Kazimierza Karabasza – nie nastawiać się na sławę i lepsze jutro, a po prostu robić swoje.
Barański tworzy “Nad rzeką, której nie ma” by oddać hołd swojemu dzieciństwu. W tamtych latach zdawać by się mogło, że miał jeszcze nadzieję na lepsze jutro – choć i tak patrząc z perspektywy czasu, często będzie podkreślał, że w porównaniu z resztą, jemu się udało. Tytułowa rzeka jest tutaj odpowiednikiem proustowskiej magdalenki, wywołując w głównych bohaterach (choć zapewne bardziej w reżyserze) reminiscencje owego lata. Przypomina o tym, co najpiękniejsze, o pierwszych pocałunkach, złamanych sercach, cielesnych uciechach po zmroku. Dlatego też reżyser dobiera aktorów przepełnionych wiarą w to, że zmienią aktorstwo – odkrytych przez Kieślowskiego Bakę, Mastalerza i Biedrzyńską, spragnioną nowych wrażeń po głośnej “Sztuce kochania” Joannę Trzepiecińską i debiutującego na dużym ekranie zadziornego Marka Bukowskiego. Geniusz twórcy “Tabu” tkwi jednak w jego przekonaniu, że wystarczy dać swoim aktorom być, co – jak przyznała lata po premierze sama Trzepiecińska – pozwoliło im w pełni wyrażać siebie. Wyrażać swoje umiłowanie wolności.

Rok 2018. Festiwal Transatlantyk, retrospektywa Barańskiego. Trafiam przypadkowo na seans filmu “Nad rzeką, której nie ma”, nigdy wcześniej o nim nie słysząc. Podobnie z Barańskim, jednak w tej kwestii nie jestem sam – każdy miał świadomość istnienia jego twórczości, ale nikt nie mówił o niej głośno. Twórca “Kobiety z prowincji” został w świadomości widzów, tak samo jak tworzył, gdzieś na uboczu, poza blaskiem reflektorów. Transatlantyk znów da mu ulotną sławę, znów po chwilowych oklaskach i pochwałach wszyscy o nim zapomną, a on wróci do swojego umiłowanego Pińczowa.
Jeszcze mniej szczęśliwie potoczą się kariery aktorów. Marek Bukowski, niczym Admirał, stanie się ofiarą swojego środowiska, kiedy zostanie złapany z torebką nienależącej do niego marihuany. Joanna Trzepiecińska, tak jak Marta, podejmie decyzję “z rozsądku” i zdecyduje się zagrać w jednym z najbardziej znanych seriali komediowych w historii naszej telewizji – “Rodzinie zastępczej” – jednocześnie skazując się na zaszufladkowanie. Podobny los spotka resztę młodych gniewnych – Mastalerz będzie obsadzany jedynie w rolach alkoholików, Baka stanie się wiecznym “Majorem”, a Biedrzyńska przepadnie po upokarzającej roli w “Graczykowie, czyli Buła i Spóła”. Dla nich “Nad rzeką, której nie ma” pozostanie jedynie wspomnieniem lata, gdy mogli wszystko – teraz cierpiąc, będąc zamkniętymi w kajdanach zawodowej rutyny. Oni – w przeciwieństwie do Barańskiego – nie byli mentalnie przygotowani na brak fleszy.

Rok 2019. W księgarniach pojawiają się listy żony Barańskiego, w zbiorze Moja Albinoczka, która potrafiła mocno kochać. Znów wszyscy przez miesiąc piszą o Barańskim – Łukasz Maciejewski, Mariusz Szczygieł, Krystyna Janda. Barański znów jest kimś. Ale Barańskiego nikt już nie pyta o to, “kiedy kolejny film”. Nie prosi o kolejną prowincjonalną opowieść. Wszyscy traktują go jakby już go nie było. Podobnie jak tytułowej rzeki.
Krytyk filmowy zajmujący się popularyzacją rodzimej kinematografii oraz jej historią. Studiuje na Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ, publikuje w "Ekranach" i "Kinie". Prowadzi podcasty Filmawki, a także swoją stronę "Zapiski na bilecie.