„Bliźniak”, czyli więcej klatek, więcej Willów Smithów, mniej emocji [RECENZJA]
Kojarzycie ten okres w kinie akcji, kiedy główną osią fabularną filmu była nowinka techniczna wprowadzana na srebrny ekran? Kiedy to wysokobudżetowe kino bardziej niż fabułą zachwycało nas technologią 3D, a POV w Hardcore Henry powodował palpitacje serca? Jeśli tak, to w ubiegły piątek na ekranach pojawiło się spóźnione o kilka lat dziecko tej ery, szumnie reklamowane odmłodzonym o 30 lat Willem Smithem, walczącym z realnym, starym Willem Smithem, a to wszystko w zabójczych, trójwymiarowych 120 klatkach na sekundę (gwoli ścisłości – w Polsce skończyło się na 60). Szkoda tylko, że te nowinki w Bliźniaku nikogo już nie bawią.
W otwierającej sekwencji Wil Smith reanimuje swojego Deadshota z koszmarnego Legionu samobójców i zabija jednym strzałem rosyjskiego ekoterrorystę ulokowanego w przedziale pędzącego przeszło 200 km/h pociągu. W karierze rządowego zabójcy, Henry’ego Brogana, miało być to ostatnie zlecenie w karierze, a w pięknym domu ulokowanym na peryferiach już czekało na niego schłodzone piwo. Oczywiście jego spokój ducha nie mógł trwać długo, a Henry dowiaduje się, że padł ofiarom rządowej mistyfikacji; jego ostatni cel nie był wrogiem USA, a bogu ducha winnym rosyjskim naukowcem, zajmującym się inżynierią genetyczną.

Od teraz Henry, obarczony tą świadomością i wątpiący w dobre intencje agencji, stanie się głównym celem do unieszkodliwienia, stanowiąc główne zagrożenie dla status quo samowolki organizacji rządowych. Bliźniak ukazuje jego ucieczkę przed nadciągającymi agentami Gemini, a towarzyszyć mu będzie duet: świeżo poznana, wierna służbistka Darry Zakarewski, której cała sytuacja burzy dotychczasowy światopogląd, oraz Baron, stary kumpel z wojska, obecnie człowiek od zadań specjalnych.
Nie ma jednak czego ukrywać, wszyscy najbardziej wyczekiwali nie starcia starego Brogana z hordami agentów, których wybija raz po raz, a raczej pojedynku Smith vs Smith, które – z całkowicie niezrozumiałych powodów – reżyser Ang Lee kreuje tutaj na jeden z większych fabularnych plot twistów. Gdy jednak już do niego dochodzi, całą sekwencję ogląda się dość przyjemnie, choć nawet i ta walka staje się szybko skrajnie monotonna i dość przewidywalna.
Zobacz również: Telewizja grozy – kazus “Ghostwatch”
Dochodzimy tu do największej bolączki Bliźniaka – koszmarnego scenariusza. Pomijając już sam fakt złego rozlokowania punktów kulminacyjnych, przez co całość wyzbyta jest z kluczowego w kinie akcji napięcia, trudno o bardziej nieskładne i nierealne dialogi, które nie ułatwiają i tak ciężkiej już pracy Willowi Smithowi. Bowiem, gdyby wziąć pod uwagę jedynie słowo pisane, Smith sprowadzony został do paru cech: traumy, samotności i, jak przystało na patriotycznego bohatera akcyjniaków – prawości.
Ani scenarzyści, ani Ang Lee nie potrafili również odwrócić uwagi widza od wizualnej sztuczności młodszego sobowtóra, który – szczególnie w scenach najbardziej dramatycznych, gdy konfrontuje się z przybranym ojcem Verrisem (Clive Owen) – staje się nieświadomym akcentem komicznym i gwoździem do trumny całej narracji. Znacznie mniej przeszkadzałoby obsadzenie w tej roli Jadena Smitha, niegrzeszącego zbytnim talentem aktorskim, ale przynajmniej dodającego tak kluczowy do historii akcent ludzki.

Tu również dochodzimy do pewnego kuriozum obecnego w Bliźniaku, który jak na produkcję zapowiadającą pewne novum technologiczne, rozczarowuje i na tym polu. Oczywiście przyspieszenie klatek jest odczuwalne i potęguje poczucie immersji, ale bardzo szybko się do tego przyzwyczajamy i nie zauważamy, przynajmniej w moim odczuciu, zbyt wielkiej różnicy w porównaniu z innymi seansami (gdybym nie wiedział o tej nowince wcześniej, nigdy nie zwróciłbym na nią uwagi). A odmłodzenie Smitha to najgorszy pomysł, z jakim miałem styczność w tym roku.
Will Smith zresztą nie po raz pierwszy w tym roku padł ofiarą techniki komputerowej. Choć Dżina z Aladyna ratowała charyzma, frywolność i aktorska ekscytacja związana z redefiniowaniem kultowej postaci, to zarówno Henry, jak i Junior są po prostu nijacy. Smith, zachowując wiecznie pokerową mimikę twarzy, biega z punktu A do punktu B, nie wykazując przy tym żadnych emocji, do czego zresztą nas już w ostatnich latach przyzwyczaił (po raz kolejny udowadnia, że bardzo dobra rola we Wstrząsie była wyjątkiem od reguły). A my najbardziej pragnęlibyśmy wrócić do czasów zakurzonych VHSów, gdy kineskopowe unicestwienia w imię sprawiedliwości dokonywały się rękami tych, którzy umieli się przy okazji dobrze bawić.
Zobacz również: “Bóg istnieje, a jej imię to Petrunia” – Subtelność? Wyszła. [RECENZJA]
Gdyby pokazać Gemini Mana na zamkniętym pokazie in blanco i kazać odgadnąć widzom. kto stoi za tym filmem, zapewne nikt nie wskazałby Anga Lee. Tak samo i ja nie potrafię wskazać powodów, dla których twórca Przyczajonego tygrysa… podjął się nakręcenia tego błądzącego między filmowcami projektu. Jego słabość do błyskotek w postaci efektów specjalnych znana z Życia Pi nie jest żadnym wytłumaczeniem. A może po prostu Lee chciał udowodnić, że po 16 latach od swojej wpadki z Hulkiem poradzi sobie z filmem akcji silnie bazującym na technologii komputerowej? Niestety i tym razem starania zakończyły się jeszcze większym blamażem.

Bliźniak dobitnie potwierdził, że produkcje oparte na technologii 3D, aktorstwie Willa Smitha i innych nowinkach technologicznych stają się reliktem przeszłości. I miejmy nadzieję, że amerykańscy producenci zaczną mieć tego świadomość, bo fani kina akcji zasługują na coś znacznie lepszego.
Krytyk filmowy zajmujący się popularyzacją rodzimej kinematografii oraz jej historią. Studiuje na Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ, publikuje w "Ekranach" i "Kinie". Prowadzi podcasty Filmawki, a także swoją stronę "Zapiski na bilecie.